Czasami zdarza mi się oglądać seriale. Nie, nie mam na myśli tych typu „M jak miłość” czy „Na wspólnej”. Myślę raczej o tych starych które emitowane są jako powtórki. Na przykład „Przygoda za jeden uśmiech” o perypetiach Dudusia i Poldka. Do tej pory zanucę piosenkę z „Stawiam na Tolka Banana”. I chodź można by powiedzieć, że jestem za młody by je pamiętać, gdyż były pierwszy raz emitowane w latach 70, ja wspominam je z tęsknotą ze swojego dzieciństwa. A wszystko, dlatego, że są tak dobrze zrobione. Często skacząc po kanałach można trafić na któryś z nich. To, co łączy dwa wyżej wymienione seriale to także jeden z aktorów ówczesnego młodego pokolenia – Henryk Gołębiewski. A „Zygzakiem przez życie” jest barwną biografią aktora, o której dziś kilka słów.
„Zygzakiem przez życie” to biografia w formie wywiadu „rzeki” dwóch dorosłych mężczyzn. Jednym z nich jest Tomasz Solarewicz nieżyjący już scenarzysta. Napisał skrypt między innymi do: „Zaklęta”, „Złotopolscy” oraz „Rób swoje, ryzyko jest twoje”. Prywatnie przyjaciel Henryka Gołębiewskiego, z którym w tej książce wdaje się dyskusję o życiu serialowego „Poldka”. Chociaż tutaj muszę zaznaczyć, że Solarewicz często nie tylko pyta aktora, ale również snuje i dodaje swoje historie.
poniedziałek, 16 stycznia 2017
poniedziałek, 9 stycznia 2017
Jedyny i Niepowtarzalny Ivan!
Olga Sułkowska-Kornaus – na co dzień uczennica jednego z Ciechanowskich Liceów. Po godzinach nałogowo grywa w RPG i jest jednym z najważniejszych filarów grupy – Maori (zajmującej się tańcem z ogniem, w której i ja występuję). Dodatkowo wielka miłośniczka książek i kotów. Dziś występuje w mojej roli (mam nadzieję, że nie ostatni raz), a więc na kilka chwil oddaje jej głos. Zapraszam do recenzji!
Na początku muszę się do czegoś przyznać. Otóż książka ta przeleżała u mnie na szafce kilka miesięcy i zupełnie nie wołała mnie, tak jak niektóre krzycząc "przeczytaj mnie!". Była cicha i spokojnie czekała na swoją chwilę. Po tym, jak ostatnimi lekturami, jakie przeczytałam były dzieła Polskich przedstawicieli epoki romantyzmu, poczułam niepohamowaną potrzebę, aby zanurzyć się w czymś innym (i bez wątpienia przyjemniejszym). Podeszłam do półki z książkami i chwyciłam "Jedynego i niepowtarzalnego Ivana", usiadłam w swoim ulubionym fotelu i zaczęłam wtapiać się w nową historię.
Opowieść o Iwanie okazała się być jedną z bardziej wzruszających jakie czytałam. Ale może zacznijmy od tego, o czym ona właściwie jest. Iwan - nasz tytułowy bohater- to bardzo utalentowany artysta, mieszkający przy 8. Zjeździe z Autostrady. Od przeciętnego obywatela nie różni się praktycznie niczym, poza tym, że jest gorylem. Dzieli on swój "dom" ze słonicą Stellą, oraz psem - Bobem . Opisuje on świat z srebrnogrzbietej perspektywy, opowiada swoje wspomnienia, pokazuje to, jak widzi ludzi i zdradza nam swoje myśli. Daje się poznać nie jako dzikie zwierzę, nie rozumiejące tego, co go otacza, lecz jako niezwykle wrażliwa i bardzo ludzka istota.
Na początku muszę się do czegoś przyznać. Otóż książka ta przeleżała u mnie na szafce kilka miesięcy i zupełnie nie wołała mnie, tak jak niektóre krzycząc "przeczytaj mnie!". Była cicha i spokojnie czekała na swoją chwilę. Po tym, jak ostatnimi lekturami, jakie przeczytałam były dzieła Polskich przedstawicieli epoki romantyzmu, poczułam niepohamowaną potrzebę, aby zanurzyć się w czymś innym (i bez wątpienia przyjemniejszym). Podeszłam do półki z książkami i chwyciłam "Jedynego i niepowtarzalnego Ivana", usiadłam w swoim ulubionym fotelu i zaczęłam wtapiać się w nową historię.
Opowieść o Iwanie okazała się być jedną z bardziej wzruszających jakie czytałam. Ale może zacznijmy od tego, o czym ona właściwie jest. Iwan - nasz tytułowy bohater- to bardzo utalentowany artysta, mieszkający przy 8. Zjeździe z Autostrady. Od przeciętnego obywatela nie różni się praktycznie niczym, poza tym, że jest gorylem. Dzieli on swój "dom" ze słonicą Stellą, oraz psem - Bobem . Opisuje on świat z srebrnogrzbietej perspektywy, opowiada swoje wspomnienia, pokazuje to, jak widzi ludzi i zdradza nam swoje myśli. Daje się poznać nie jako dzikie zwierzę, nie rozumiejące tego, co go otacza, lecz jako niezwykle wrażliwa i bardzo ludzka istota.
poniedziałek, 2 stycznia 2017
Ja chcę Boże Siedleczko!
Od kilku lat pogłębiam swoją wiedzę na temat kultury przedchrześcijańskiej i średniowiecznej naszego regionu Europy. To, co dla wielu ze zwykłych „Kowalskich” jest czymś, o czym nie warto pamiętać, zwłaszcza tym co było bardzo dawno temu – tak ja uwielbiam. To nie dość, ze jest fascynujące to jeszcze wciąga na długie wieczory.
Dlatego, gdy tylko mam okazję być na konwencie, na którym swoje prelekcje prowadzi Witold Jabłoński, muszę w nich uczestniczyć. Jednak poza Witoldem jest jeszcze jeden duet twórców, którym zawdzięczam sporo cześć tego, co dziś wiem o wierzeniach przodków – Witold Vargas i Paweł Zych. I to właśnie „Bestiariusz Słowiański, część druga” jest ich najnowszym dziełem, o którym dziś kilka słów.
Dlatego, gdy tylko mam okazję być na konwencie, na którym swoje prelekcje prowadzi Witold Jabłoński, muszę w nich uczestniczyć. Jednak poza Witoldem jest jeszcze jeden duet twórców, którym zawdzięczam sporo cześć tego, co dziś wiem o wierzeniach przodków – Witold Vargas i Paweł Zych. I to właśnie „Bestiariusz Słowiański, część druga” jest ich najnowszym dziełem, o którym dziś kilka słów.
poniedziałek, 26 grudnia 2016
Gwiezdne Wojny i reszta życia
Pierwszy raz, od kiedy prowadzę bloga żałuję, że nie kręcę
vlogów. Wszystko przez to, że gdy tylko
zobaczyłem dziś recenzowaną książkę od razu miałem pomysł na początek nagrania.
A wszystko wyglądałoby tak:
Najpierw oczom widzów ukazałby się napis „Dawno, Dawno temu
w odległej galaktyce…”, gdy napis znika pojawiłoby się logo „Książek w
Pajęczynie”, które zaczęłoby płynąć po ekranie stając się coraz mniejsze. Aż w
końcu oczom widzów ukazałyby się napisy dobrze znaną czcionką ze Star Wars - „Wszystko
na Planecie Ziemi zaczęło się dnia 2 grudnia 2016 o godzinie 13:15. Wtedy do jednego z blogerów
książkowych napisało wydawnictwo Wielka Litera. Zapytano go czy nie chciałby
zrecenzować jednej z ich najnowszych książek. Nikt nie wie ile lat świetlnych
przyszło mu czekać na tę okazję, dlatego od razu zgodził się wysyłając swój
adres. Po kilku dniach emocjonalnych tortur w końcu do jego drzwi zapukał
listonosz z pytaniem „Mariusz cięższej książki nie mogło być?” Wręczając mu
tak upragniony skarb – cząstkę mocy Jedi. Czym prędzej przeczytał całe 578
stron niekończonego się lotu międzyplanetarnego. I dziś mam możliwość zaprosić
Was do książki – „George Lucas. Gwiezdne
Wojny i reszta życia” i Niech Moc Będzie z Wami".
poniedziałek, 19 grudnia 2016
Po raz drugi Orzeł Biały!
22 kwietnia 2015 roku na Polski rynek literacki wychodzą „Szczury Wrocławia” Roberta Szmidta. Książka ciekawa i godna polecenia dla fanów apokalipsy zombie. Ale interesująca przede wszystkim dla tego, gdyż większość bohaterów tej powieści Robert zapożyczył z internetowego grona znajomych oraz osób zgłaszających się na wcześniej powstałym fanpage. Pomysł bardzo spodobał się także innemu pisarzowi, który wykorzystał ten sposób do stworzenia swoich bohaterów do najnowszej książki Marcina Przybyłka – „Orzeł Biały”.
Marcin Sergiusz Przybyłek przez wiele lat pracował jako przedstawiciel koncernu farmaceutycznego. Tuż po odejściu narodził się w nim pomysł na kilku tomowa seria „Gamedec” – historia opowiadająca o losach Torkila – detektyw od gier. Na motywie ze swoich powieści stworzył wraz z Janem Madejskim grę planszową o tym samym tytule – „Gamedec”, w której dają możliwość wcielenia się w detektywów.
Marcin Sergiusz Przybyłek przez wiele lat pracował jako przedstawiciel koncernu farmaceutycznego. Tuż po odejściu narodził się w nim pomysł na kilku tomowa seria „Gamedec” – historia opowiadająca o losach Torkila – detektyw od gier. Na motywie ze swoich powieści stworzył wraz z Janem Madejskim grę planszową o tym samym tytule – „Gamedec”, w której dają możliwość wcielenia się w detektywów.
poniedziałek, 12 grudnia 2016
Szczur dla każdego!
Pisarz potrafi poświęcić wiele dla stworzenia dobrej książki. Tak jak zrobił to Jakub Ćwiek mieszkając przez jakiś czas na Katowickim Dworcu PKP, tylko po to by zebrać wiarygodne materiały do swojej książki „Ciemność płonie”. Podobna rzecz się dzieję z bohaterką dzisiejszej recenzji – Olgą Gromyko. Po to, by jak najlepiej ukazać perypetie związane z opieką na pewnymi stworzeniami, przygarnęła… szczura. „Szczurynki” to właśnie opowieść o tym, jak wyglądała owa opieka i jakie niosła ze sobą konsekwencję.
Jak wyżej wspomniałem, autorką dziś recenzowanej książki jest Olga Gromyko – białoruska pisarka fantasy. Polskim fanom znana jest przede wszystkim z cyklu książkowego - Kroniki Belorskie – opowiadającego o przygodach Wolhy Rednej. „Szczurynki” to mój drugi kontakt z twórczością Olgi. Jakiś czas temu na blogu ukazała się recenzja jednej z jej najnowszych książek – „Wierni wrogowie”, do której gorąco odsyłam.
Jak wyżej wspomniałem, autorką dziś recenzowanej książki jest Olga Gromyko – białoruska pisarka fantasy. Polskim fanom znana jest przede wszystkim z cyklu książkowego - Kroniki Belorskie – opowiadającego o przygodach Wolhy Rednej. „Szczurynki” to mój drugi kontakt z twórczością Olgi. Jakiś czas temu na blogu ukazała się recenzja jednej z jej najnowszych książek – „Wierni wrogowie”, do której gorąco odsyłam.
poniedziałek, 5 grudnia 2016
Podpalę wasze serca!
Przy pisaniu recenzji mam tylko dwie zasady. Pierwsza i raczej oczywista to ta, że nie używam wulgaryzmów. Druga, jaką sobie postawiłem to nie zdradzać więcej niż pierwsze sto stron w książce. Przeważnie udaje mi się to. Recenzowane przeze mnie książki mają ponad 300 stron i z łatwością nie przekraczam maksimum, które sobie założyłem. Lecz czasem bywają wyjątki - powieści bardzo krótkie, mające po 150-200 stron. Wtedy zawsze mam dylemat ile mogę zdradzić czytelnikowi.
Dylemat ten miewam bardzo często przy książkach Marcina Brzostowskiego, który swoje dzieła kończy najczęściej na 140 stronie (Podpalę wasze serca! – 142str, Złote spinki Jeffreya Banksa – 138str.). I choć u Marcina opowieści są „mała, ale jare” ja zawsze mam problem ile mogę pozwolić sobie z nich zdradzić nie odbierając czytelnikowi radości, a ta przy jego książkach jest zawsze duża.
Dylemat ten miewam bardzo często przy książkach Marcina Brzostowskiego, który swoje dzieła kończy najczęściej na 140 stronie (Podpalę wasze serca! – 142str, Złote spinki Jeffreya Banksa – 138str.). I choć u Marcina opowieści są „mała, ale jare” ja zawsze mam problem ile mogę pozwolić sobie z nich zdradzić nie odbierając czytelnikowi radości, a ta przy jego książkach jest zawsze duża.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






